2 lipca 2014

Pielgrzymka do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela

Kinga, Ada i Mateusz

Buen Camino! To pozdrowienie towarzyszyło nam przez całą pielgrzymkę po Hiszpanii i słyszeliśmy je za każdym razem, gdy kogoś spotkaliśmy na trasie. Ale od początku...

Rok temu pojawił się pomysł, by iść, razem z nim wiele pytań - skąd, kiedy, jak, z kim, którą trasą, czy dam radę? W kwietniu padła decyzja, że idziemy w trzy osoby: Kinga, Mateusz i ja, na taki układ zgodzili się nasi rodzice, nawiasem mówiąc bardzo ich podziwiam, że nas puścili, bo przecież mamy dopiero od 18 do 20 lat i dużo ludzi uważa nas jeszcze za dzieciaki. To pokazało, jakie nasi rodzice mają do nas zaufanie. Wracając do tematu po ustaleniu ekipy wybraliśmy trasę, Camino del Norte. Osoby, które ją przeszły mówią, że trudna, ale widoki śliczne. Patrząc na mapę stwierdziliśmy, że nasze wędrowanie zaczniemy od miejscowości Gijon, niedaleko lotniska i nad oceanem. Teraz tylko kupić bilety lotnicze, spakować się, załatwić ubezpieczenie i w drogę.

Przed wyjazdem poprosiliśmy księży i znajomych, aby napisali nam listy - przez nas nazywany “przenośny ksiądz”. Miała to być pewnego rodzaju konferencja na dany dzień, takie słowo na dziś, forma i temat dowolny. Listy te później w czasie drogi codziennie czytaliśmy. Każdego dnia dzięki temu szła z nami jeszcze jedna osoba - autor danego listu.

Co do podróży, wyruszyliśmy 2 lipca z lotniska w Gdańsku, pożegnała nas tam rodzina i znajomi. Późnym wieczorem wylądowaliśmy w Barcelonie, gdzie spędziliśmy cały następny dzień. Miasto zwiedziliśmy pieszo, wyszło nieco ponad 20 km, zobaczyliśmy wiele ciekawych miejsc. Nad morzem, po tym jak niespodziewanie fale zaatakowały nasze buty, usiedliśmy, żeby się wysuszyć i odmówiliśmy koronkę. Następnie obiad i do hostelu, po drodze weszliśmy do kościoła, by się chwilkę pomodlić I natrafiliśmy na adorację Najświętszego Sakramentu, był akurat pierwszy czwartek miesiąca. Wieczorem obejrzeliśmy pokaz magicznej fontanny, a następny dzień zaczął się już o 4 rano podróżą na lotnisko. Nie obeszło się niestety bez przygód z kieszonkowcami i wizyty na policji, aby zgłosić kradzież aparatu fotograficznego. Radzę dobrze pilnować wszystkich rzeczy, tym bardziej jak ma się sporo bagażu. Wylądowaliśmy w Oviedo, stamtąd autobusem pojechaliśmy do Gijon. Znaleźliśmy albergue, czyli takie schronisko dla pielgrzymów, zostawiliśmy bagaże i pojechaliśmy do centrum. Odebraliśmy w informacji turystycznej Credencial del peregrine, czyli paszport pielgrzyma. Później codziennie zbieraliśmy do niego pieczątki z trasy. Kupiliśmy też i przyczepiliśmy do plecaków muszelkę, symbol, po którym poznaje się pielgrzymów na Camino. Drogowskazami na trasie również są muszelki - namalowane na tabliczkach albo charakterystyczne żółte strzałki. Warto zabrać ze sobą mapę trasy, lecz nie można wierzyć w odległości tam napisane, bo są tylko orientacyjne i często różnią się nawet o kilka kilometrów. Przydatne są też wykresy wysokościowe, żeby przygotować się na wędrowanie po górach albo płaskim terenie. My szliśmy po różnych ścieżkach, asfaltem, piaskiem, górami, lasami, wzdłuż oceanu, zdarzyło się przechodzić przez rzeczkę czy las bambusowy, co chyba najbardziej nas zaskoczyło. Mijaliśmy małe wioski, opuszczone domy, ale i dość duże miasteczka. Codziennie po drodze przechodziliśmy koło kilku kapliczek i kościółków, ale zawsze niestety były zamknięte, otwierane są tylko na czas Mszy Świętej albo różnego rodzaju nabożeństw. Zawsze jak była okazja, uczestniczyliśmy w Eucharystii.

Podczas trasy dużo rozmawialiśmy, czasami śpiewaliśmy, wygłupialiśmy się, nie zabrakło też czasu na wspólną modlitwę, różaniec, koronkę, ale i chwilę dla siebie. Zdarzały się odcinki, gdzie szliśmy w całkowitej ciszy. Często nie było łatwo iść z ciężkim plecakiem na plecach, dokuczającymi ścięgnami czy bolącymi mięśniami, a deszcz czy słońce wcale nie pomagały. Robiliśmy wtedy postoje, a na nich obowiązkowo coś jedliśmy, by uzupełnić to, co zdążyliśmy spalić. Nasze menu nie było rozbudowane, duuuużo wody, bagietka, ser, szynka albo serek do smarowania, batonik zbożowy, babeczki „magdalenki”. Czasami szliśmy zjeść coś w barze albo gotowaliśmy spaghetti. Codziennie też zatrzymywaliśmy się na café con leche, czyli kawę z mlekiem, aby wypić coś ciepłego. Spotykaliśmy wielu ludzi różnych narodowości, w tym także Polaków. Poznaliśmy Olę i Piotrka, małżeństwo z Lublina. Spędzali oni swój miesiąc miodowy na Camino razem pielgrzymując. Przekonaliśmy się jaki świat jest mały, w wędrowaniu towarzyszyły nam czasami Justyna i Emilia, dwie studentki z Gdyni, a w polskim albergue wolontariuszką była moja nauczycielka angielskiego z gimnazjum, która przyjechała tu na 3 tygodnie. W czasie naszej podróży mieliśmy jeszcze wiele ciekawych przygód, o których by było można pisać i pisać… Niestety jest tutaj za mało miejsca.

W Monte do Gozo, około 6 km od Santiago, znajduje się polskie albergue prowadzone przez księdza Polaka. Miło było po 3 tygodniach bez problemu dogadać się z wolontariuszami Polakami. (Hiszpanie często nie znają nawet angielskiego, nie wspominając nawet o polskim. Wiele razy jedynym sposobem na dogadanie się była rozmowa na migi.)

W polskim albergue nocowaliśmy aż do czasu powrotu do domu. 20 lipca po przejściu ponad 350 km w ciągu 16 dni, dotarliśmy w końcu do celu. Na horyzoncie pojawiła się zielona tabliczka z napisem Santiago de Compostela. Zrobiliśmy sobie przy niej pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy w poszukiwaniu katedry. O godzinie 12 uczestniczyliśmy w uroczystej Mszy Świętej dla pielgrzymów. Na końcu zostało rozpalone wielkie kadzidło, zwiedziliśmy jeszcze katedrę. Resztę dnia spędziliśmy spacerując po mieście i siedząc na placu pod katedrą, wypisując pocztówki i odpowiadając na smsy z pozdrowieniami. W poniedziałek pojechaliśmy 70 km do miejscowości o nazwie Fisterra, legendarnego końca świata. Spotkaliśmy tam grupę z Wrocławia. Po krótkiej rozmowie zaprosili nas do wspólnego przeżycia Eucharystii. Dla mnie osobiście była ona bardzo wyjątkowa. Funkcję ołtarza pełniła skała, siedzieliśmy na klifie, a w tle widać było tylko bezkres oceanu, wiatr wiał dość silnie. Po południu zebraliśmy jeszcze muszelki na plaży, aby porozdawać je później jako pamiątki znajomym i rodzinie i wróciliśmy do schroniska. Wtorek szybko minął na przygotowaniach do podróży, ostatnim spacerze po uliczkach Santiago i rozmowie z wolontariuszami i innymi pielgrzymami. W środę rano wylot, dzień w Barcelonie, później powrót do domu. O 1 w nocy na lotnisku przywitały nas nasze rodziny. Pielgrzymka dobiegła końca. Tego typu spędzenie wakacji czy urlopu polecam każdemu. Jest to takie streszczenie wszystkiego, co spotyka nas w codziennym życiu. Nie zbrakło ciężkich momentów, ale i wspaniałych i szczęśliwych chwil. Prawie miesiąc spędzony idąc z plecakiem na plecach daje dużo do myślenia. Jest to uczucie nie do opisania…

Buen Camino! Ada Pałubicka

x. Mateusz

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
231 0.049864053726196