Kanonizacja Jana Pawła II to wydarzenie na skalę światową. Miliony ludzi z całego świata podróżowały do Watykanu różnymi środkami transportu. My wybraliśmy podróż autostopem. Zmotywował nas do tego brak funduszy, ale też pozytywne doświadczenia z krótszych tego typu wypraw. Zdecydowaliśmy się zaufać Bogu. Przed naszym wyjazdem miało miejsce szczególne dla nas wydarzenie. Otrzymaliśmy błogosławieństwo relikwiami, jeszcze wtedy błogosławionego, Jana Pawła II. Ruszyliśmy ze świadomością, że nie jedziemy sami, że mamy w niebie wielkiego orędownika, największego ze wszystkich Polaków.
Naszą autostopową podróż zaczęliśmy z Pragi, do której z Gdańska, za niewielkie pieniądze dojechaliśmy autobusem. Założenie było proste – wiara, modlitwa, zaufanie. To zaprocentowało. W mgnieniu oka pokonywaliśmy kolejne kilometry, poznając wspaniałych ludzi. Przykładów wspaniałości, które nas spotkały, jest tak wiele, że zdecydowaliśmy podzielić się jedynie tymi najbardziej spektakularnymi.
Jesteśmy na malutkim parkingu przy autostradzie pod Monachium. Miejsce raczej nie jest przyjazne dla autostopowiczów – ruch niewielki, a raczej go nie ma. Stoją tu zaledwie dwie ciężarówki. Czyżbyśmy mieli zabawić tu na dłużej? Nie czekamy nawet kwadransa. Podjeżdża samochód typu Camper na niemieckich rejestracjach. Nie myśląc nawet o tym, że ktoś w takim samochodzie będzie miał czas, miejsce i chęci aby zabrać trójkę gapowiczów, stwierdzamy, że spytamy przynajmniej gdzie dokładnie jesteśmy. Po krótkiej rozmowie po angielsku, okazuje się, że mamy do czynienia z Polakiem. Jedziemy do Innsbrucku! Na jednym z postojów, kierowca wyjawia nam, że jedzie na nocleg nad jezioro Garda pod Weroną. Rano wyrusza do Rzymu. Ze łzami szczęścia w oczach przystajemy na propozycję wspólnej podróży.
Jesteśmy w Rzymie! Kierujemy się na pole namiotowe u Rycerzy Kolumba, gdzie jesteśmy tylko i aż na miejscu rezerwowym. Zobaczymy, może się uda. Żegnamy się z przemiłym kierowcą Campera i wsiadamy w metro. Ogarnia nas szczęście, udało się! Boża Opatrzność czuwa nad nami! Rozmawiamy o tym, co nas spotkało. Podchodzi do nas Polka. Okazuje się, że jedziemy w złym kierunku. Proponuje, że wysiądzie z nami i pokaże nam drogę. Wysiadamy. Nagle kobieta proponuje, abyśmy zostawili bagaże u jej siostry. Boża dobroć zaczyna nas przerastać. Godzimy się na propozycję. Gdy poznajemy wspomnianą siostrę, jesteśmy zdumieni. Jedna pani milsza od drugiej. Karmią nas przepysznym risotto, pakują cały plecak jedzenia, pozwalają się umyć, odsapnąć. Ruszamy na czuwanie przed Kanonizacją!
W drodze na plac św. Piotra spotykamy niesamowitych ludzi. Ze zdumieniem opowiadamy im swoje historie, oni z jeszcze większym zdumieniem słuchają. Całkiem przypadkowo trafiamy na plac Navona. Trwa właśnie Adoracja Najświętszego Sakramentu. Mamy okazję podziękować Bogu za to, co nas spotkało oraz za to, co nas jeszcze spotka.
Pośród wielu ludzi, których spotykamy na drodze są osoby szczególne. Warto wymienić chociażby „zwykłego księdza z Krakowa”, który 21 razy rozmawiał osobiście z Janem Pawłem II, czy siostra Zuzanna, znajoma naszych znajomych, której towarzyszymy w całonocnym czuwaniu poprzedzającym kanonizację.
Rozpoczyna się Msza Św. Na plac św. Piotra nie dotarliśmy i raczej już się nie dostaniemy. Przed wejściem na plac od strony Via della Conciliazione panuje niesamowity ścisk. Niektórym z zebranych puszczają nerwy. Szukaliśmy spokoju, wyciszenia, modlitwy. Tutaj brakuje na to miejsca. Jak powiedział „zwykły ksiądz z Krakowa”, gdzie dzieje się wiele dobra, tam szatan najbardziej miesza. Załamani i zmęczeni postanawiamy wyrwać się z tłumu. Trafiamy do kościółka pod wezwaniem św. Jana z Florencji. Tam właśnie rozpoczyna się Msza Św. Szukajcie a znajdziecie. Po mszy nastał bardzo wzruszający moment. Po raz pierwszy podczas naszej modlitwy rozległo się wołanie „Święty Janie Pawle II módl się za nami”.
Wyspani, najedzeni, umyci, co jest zasługą Pań, które nas przygarnęły, na kolejny nocleg udajemy się do Rycerzy Kolumba. Tam zostajemy przyjęci z otwartymi ramionami. Dla przypomnienia – byliśmy na liście rezerwowej. Na noclegu spotykamy grupkę około pięćdziesięciu autostopowiczów związanych z ruchem Piękne Stopy, a wśród nich wielu naszych znajomych. Tu stwierdzamy – nasza pielgrzymka to drobiazgowo przygotowana wycieczka, ale my nie znamy jej dokładnego planu. Tu również nie mogło nas zabraknąć. Tu również nie mogło zabraknąć naszych opowieści. Ze zdumieniem słuchaliśmy również opowieści innych śmiałków.
Około południa, tym razem koleją, ruszamy w stronę Asyżu. Trafiamy do uroczego miasteczka Bastardo, gdzie przygarniają nas siostry Maksymiliana i Bernadeta - Misjonarki Krwi Chrystusa. Mimo tego, że nas nie znały, ogarnęły nas taką gościnnością, o jakiej nie śmielibyśmy pomyśleć. Dzięki nim nawiedziliśmy San Felice – miejsce założenia zgromadzenia Misjonarzy. To, że trafiliśmy w to miejsce, po raz kolejny utwierdziło nas w twierdzeniu, że podczas naszej pielgrzymki nie ma przypadków. Marta i Agnieszka na kilka dni przed wyjazdem otrzymały błogosławieństwo relikwiami św. Feliksa – założyciela zgromadzenia Misjonarzy Krwi Chrystusa. Żal jest opuszczać to miejsce. Żal jest żegnać się z tymi wspaniałymi istotkami, które tak wiele dla nas zrobiły, jednak czeka nas jeszcze o wiele więcej. Musimy się jednak podzielić naszą historią z jeszcze kilkoma nieprzypadkowo spotkanymi przypadkowymi przechodniami. Nie możemy tego zostawić dla siebie.
Ruszamy do Asyżu. Będąc tuż przed miastem zachwycamy się pięknem przyrody i widokiem na malowniczo usytuowane zabytkowe miasto. Odtąd już wiemy, dlaczego św. Franciszek tak zachwycał się naturą. Na miejscu mamy zamiar odnaleźć brata Łukasza, franciszkanina, o którym napisał nam w SMS ks. Mateusz. Nie jest to trudne. Spotykamy go przed wejściem do Bazyliki pod wezwaniem św. Franciszka. Mamy wrażenie, że czekał właśnie na nas. Okazuje się być kolejną wspaniałą opiekuńczą osobą, która nie zostawia nas bez pomocy. Mimo, że nas nie zna, pozwala zostawić na zapleczu bagaże, obdarowuje pamiątkami i pieniędzmi, pomaga przy wyborze najistotniejszych miejsc, które powinniśmy zobaczyć w Asyżu.
Wydawałoby się, że znajdując się pośród tak wielu polskich pielgrzymek z Polski, nie trudno będzie znaleźć jakiś transport w stronę domu. Trwa to ładnych parę godzin, co nas raczej nie zniechęca. Ludzie chętnie nas zaczepiają, opowiadamy im swoje historie. Wreszcie przygarnia nas rodzinka spod Krakowa. Tak dobrze nam się ze sobą rozmawia, że postanawiają nas wywieźć około 70 km dalej, niż planowo mieli się zatrzymać na nocleg.
Po drodze kolejny przykład Bożej Opatrzności. Na drogę wyskakuje sarna. Dzieli nas kilka centymetrów od poważnego wypadku. W miejscu, w którym się rozstaliśmy, zastaje nas spokojna noc. Rano udaje się zatrzymać Polską pielgrzymkę z Kalisza, która zabiera nas kilkadziesiąt kilometrów w stronę Florencji. Po drodze oczywiście nie brakuje naszych opowieści. Na stacji benzynowej ksiądz przewodnik rozmawia z pracownikiem, aby pomógł nam przy znalezieniu kolejnego transportu. Ku naszemu zdziwieniu, wręcza nam jeszcze pieniądze. Pan Bóg postarał się, aby niczego nam nie zabrakło.
Najprostsza droga z Rzymu do Gdańska wiedzie przez przełęcz Brennero, Innsbruck, Monachium, dalej na północ przez Monachium. Przez chwilę nieuwagi, będąc na tej trasie w Bolonii, przystajemy na propozycję podróży do Padwy. Wymusza to na nas podróż przez nieprzyjazną dla autostopowiczów Austrię. Sytuację pogarsza fakt zakaz ruchu ciężarówek w ciągu najbliższych dwudziestu godzin i bardzo słaby ruch samochodów osobowych. Spostrzegamy samochód na polskiej rejestracji. Dziewczyny postanawiają go obudzić. To był strzał w dziesiątkę. Jedziemy do Polski! Z kierowcą pokonujemy ponad 1100 km. Zostajemy zaproszeni na nocleg w Barwinku. Nadrabiamy trochę drogi, aby po raz kolejny podczas tej pielgrzymi spotkać się z przeogromną życzliwością ludzką i podzielić się radością, jaka nas spotkała. Rano bardzo szybko udaje nam się ruszyć dalej. W odległości około 60 km od Rzeszowa, zatrzymuje się pan, który wita nas swojskim: „Cześć, ładujcie się!”. Po miłej podróży wręcza nam pieniądze na obiad i oznajmia, że jest księdzem. Jesteśmy zdumieni, cała nasza podróż była tak drobiazgowo przygotowana, tak dopieszczona w każdym detalu. Dla nas to przede wszystkim kilkudniowa analogia przykładnego życia. Zaufaliśmy Bogu, On tak hojnie, za nic nas wynagrodził. Z Rzeszowa ruszamy już pociągiem. Po drodze czytamy jasne przesłanie: „A On wziął te pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo i odmówiwszy nad nimi błogosławieństwo, połamał i dawał uczniom, by podawali ludowi. Jedli i nasycili się wszyscy.” Jezus uczyniwszy cuda, dał je uczniom, by podawali ludowi. Uczynił nam cuda, abyśmy nieśli je dalej. Na ile udało się to do tej pory? Czy ludziom, których spotkaliśmy po drodze, zdołaliśmy przynieść Boga tyle, aby się Nim chociaż trochę umocnili, nasycili? Możemy się tylko domyślać, że to dopiero początek.
Agnieszka, Marta i Maciek (członkowie DA Lux Cordis)